Artur Jaroń dyrektor Festiwalu Muzycznego w Busku świętuje jubileusz 30-lecia pracy twórczej

Dodane przez Tadeusz Ura, #monday201561

Artur Jaroń, pianista, dyrektor Zespołu Szkól Muzycznych w Kielcach, dyrektor Festiwalu Muzycznego w Busku-Zdroju świętuje w tym roku jubileusz 30-lecia pracy twórczej.

(Łukasz Zarzycki)

Artur Jaroń

Pianista, menadżer , dyrektor Zespołu Szkół Muzycznych w Kielcach; od lat także dyrektor Festiwalu Muzycznego imienia Krystyny Jamroz w Busku-Zdroju .

O sobie mówi, że artysta bez znajomości języka nie istnieje. - Ja biegle władam rosyjskim z tej racji, że wiele lat współpracuję z Ukrainą i Rosją.

Mój angielski umożliwia mi swobodne porozumiewanie się - mówi. Artur Jaroń ma żonę, która pracuje od lat w kieleckiej szkole muzycznej.

Mają dwóch synów, jeden z nich Maciek jest uznanym już muzykiem.

Od jakiego wydarzenia liczysz swoja artystyczną karierę?

- Trudno ustalić taki punkt. Kiedyś liczyłem od pierwszego koncertu z filharmonią, kiedy moje nazwisko było na afiszu.

To miało miejsce w 1986 roku, ale tak naprawdę koncertowałem wcześniej więc średnia mi wyszła, że to będzie w tym roku.

A kto czy też co sprawiło, że zainteresowałeś się grą na fortepianie?

Marzeniem mego ojca było bym był pianistą.

Fascynowała go gra Artura Rubinsteina i to na jego cześć dostałem imię.

Rodzice posłali mnie do szkoły muzycznej, ale to nie oznacza, że poświęcałem się wyłącznie muzyce.

Bardzo uczciwie przepracowałem szkołę I stopnia pod kierunkiem profesor Zofii Czyżyk i miałem znaczące sukcesy.

Instrument mi pasował, ale plany bycia zawodowym muzykiem pojawiły się dopiero w wieku 16 lat.

Wcześniej interesowało mnie wszystko i bywały okresy, że mało ćwiczyłem.

Andrzej Domin, u którego się uczyłem w szkole średniej wyzwał na rozmowę ojca.

On jako doświadczony pedagog wiedział, że się talent marnuje, ale wytłumaczyć młodemu człowiekowi, że marnuje talent to, mówię także jako pedagog, jest ciężko, młodzież przecież wie lepiej.

A co było konkurencją dla grania?

Oczywiście piłka, zarówno nożna jak i koszykówka, i koledzy, którzy zajmowali się czymś innym.

Co się więc wydarzyło, że zmieniłeś priorytety?

W radiu, w połowie utworu usłyszałem koncert a-moll Griega i nie mogłem się do tego radia oderwać.

Przyznam, że to mną tak wstrząsnęło, że stwierdziłem: muszę zostać pianistą i kiedyś to zagrać, bo to jest takie piękne.

To po tym zdarzeniu zacząłem ćwiczyć bardzo dużo i po tylu latach mogę powiedzieć, że jakiś wewnętrzny sukces i spełnienie osiągnąłem.

Pierwszy występ, który uznałeś za sukces to...

Przełamałem się po koncercie w pałacu biskupów krakowskich w Kielcach, gdzie grałem tarantellę Chopina.

Dobrze mi to poszło a jeszcze kiedy koleżanki z podstawówki powiedziały z zachwytem: ale grałeś, to już lepszej motywacji nie było. (śmiech) A serio: artyści to są ludzie, którzy potrzebują akceptacji, bardzo źle znoszą krytykę, chociaż to dzięki niej można się rozwijać.

Pierwszym poważnym sukcesem był ogólnoszkolny konkurs wykonawczy, na którym zagrałem część pierwszą koncertu Saint-Saensa.

Żałuję, że nie mam nagranego tego koncertu, chociaż posiadam wiele innych.

Później w Krakowie zrobiłem część II tego koncertu i wykonywałem go wielokrotnie w Polsce i za granicą, wspólnie z Filharmonią Świętokrzyską na Łotwie jak również z orkiestrami rosyjskimi, nawet na dalekiej Syberii.

Jakim studentem był Artur Jaroń?

Bardzo miło wspominam egzamin na studia, ale wtedy było to łatwiejsze niż dzisiaj.

Najważniejsza była jednak praca, tak jak wielcy powiedzieli: 99 procent pracy i 1 procent talentu potrzebne są by osiągnąć sukces.

Potrzeba pracy jest niezrozumiała, nawet nie dla dzieci, ale dla rodziców, którzy dając dziecko do szkoły muzycznej dodatkowo obciążają je innymi atrakcjami zabierając mu dzieciństwo, bo dziecko nie ma czasu.

A kolejny minus tej sytuacji: rodzice nie mają czasu na bycie z własnymi dziećmi.

A wracając do studiów?

Byłem pracowitym studentem.

Koledzy - mieszkałem w akademiku z Bogusławem Olczykiem i Krzysztofem Błaszkiewiczem, ponieważ każdą sekundę wykorzystywałem na ćwiczenia a pianino mieliśmy w pokoju, pewnego dnia wyjęli cały mechanizm młoteczkowy, bo mieli dosyć. (śmiech).

Musiałem odczekać aż im przejdzie

Do dzisiaj z tego się śmiejemy.

Na studiach miałem ksywę "gigant" ze względu na to, że dobrze się uczyłem.

Tak jakoś zostało, że jak coś robię, to muszę robić na maksa.

Lubię mieć cel i go osiągać.

Na studiach zagrałeś koncert, od którego liczysz karierę artystyczną?

To było po I roku, grałem recital w pałacu biskupów w Kielcach na festiwalu Jeunesses Musicales, który bardzo miło wspominam a później dzięki Karolowi Anbildowi, który także promował młodych artystów, wystąpiłem w filharmonii jako support przed Beatą Halską, skrzypaczką.

Zagrałem koncert fis-moll Rachmaninowa i dobry występ sprawił, że łatwiej mi było zaistnieć i zostać na scenie.

Przez te lata grałem z wieloma wspaniałymi dyrygentami: Jerzym Maksymiukiem, Salwarowskim, Tadeuszem Strugałą, Markiem Pijaro-wskim, Agnieszką Duczmal.

Osobą, której bardzo wiele zawdzięczam jest Mirosław Błaszczyk.

Spotkaliśmy się w końcu lat 80., kiedy jako szef filharmonii w Białymstoku usłyszał mojego Saint-Saensa, którego grałem na dyplomie w Krakowie i zaprosił mnie do siebie.

Do dzisiaj współpracujemy, jesteśmy przyjaciółmi.

Kończąc studia wiedziałeś co będziesz robić?

W porównaniu z kolegami byłem dosyć aktywny artystycznie i miałem troszkę szczęścia, ale też na nie zapracowałem.

Chodziłem za swoimi sprawami, umiałem prosić i czekać cierpliwie i ta cierpliwość w zawodzie muzyka też jest ważna.

Cierpliwość i wiara w to, że godziny spędzone przy instrumencie nie przepadną to podstawa.

To najważniejsza rzecz jaką zrozumiałem przez te lata.

Ukończenie studiów uświadomiło mi też jak wiele jeszcze nie umiem.

W czasie muzycznych podróży poznałem wspaniałego człowieka: Anatolija Kardaszewa z którym do dzisiaj się przyjaźnię i który poświęcił mi bardzo wiele czasu w latach 1992 - 96 spotykaliśmy się bardzo często i pod jego kierunkiem mój repertuar wzbogacił się o kilkanaście koncertów fortepianowych, które później wykonywałem na całym świecie.

To pedagog, którego traktowałem jak ojca.

Z Krakowa wróciłeś do rodzinnych Kielc...

Już w czasie studiów zacząłem pracować jako pedagog w kieleckich szkołach i z małymi przerwami jestem w nich do dzisiaj.

Przeszedłeś wszystkie szczeble kariery i jako dyrektor doprowadziłeś do wzniesienia nowej siedziby szkoły i rozwinięcia jej działalności.

Ponieważ jestem aktywnym artystą i osobą rozpoznawalną dużo łatwiej było mi na te tematy rozmawiać.

Ludzie mieli do mnie zaufanie.

A szkoła otworzyła się na środowisko, okazało się, że to ogromny potencjał uczniów i pedagogów.

Dzisiaj mamy powody do dumy.

Muzyka musiała się jednak odsunąć na dalszy plan, bo prowadzenie szkoły, festiwalu w Busku wymaga mnóstwa czasu.

Dopóki uczyłem i koncertowałem było łatwo.

Teraz, przy funkcji administracyjnej muszę swoje odsiedzieć.

Jednak czas można zawsze znaleźć, ale nie zawsze jest świeża głowa.

W muzyce najważniejsze jest by głowa pracowała.

Nie wystarczy poruszać rękami, granie to ogromna praca intelektualna.

Gdy nie ma świeżej głowy nie ma też muzyki i tu zderzyłem się z rzeczywistością - intensywna praca administracyjna sprawia, że zaczyna mi brakować sił na godziny ćwiczenia.

Nie zrezygnowałem jednak z grania a przeorganizowałem życie.

Od 20 lat jestem szefem festiwalu w Busku a to nie tylko zaproszenie wykonawców, ale i znalezienie sponsorów.

Jednak dzięki temu, że mam wspaniałych współpracowników wspólnie to ogarniamy i w miarę bezkolizyjnie udaje się godzić funkcje: artysty, dyrektora, pedagoga.

I ojca.

- Są artyści zapatrzeni w lustro i siebie, bez rodziny, zajmujący się tylko graniem.

Moje życie od początku było normalne, może dlatego, że wyszedłem z normalnej rodziny, gdzie wszystko było poukładane.

Żonę poznałem jeszcze w szkole, mieliśmy po 17-lat, przez życie idziemy razem, razem pracujemy.

Muszę powiedzieć, że żona poświeciła się mnie i rodzinie, bo życie z artystą koncertującym jest trudne i nie byłoby możliwe bez pomocy jej i naszych rodziców.

Dzisiaj jeśli myślę o tym czego mi brakuje, co bym zmienił, to chciałbym więcej czasu poświęcić dzieciom, żeby nacieszyć się nim i kiedy były małe, ale wtedy doskonaliłem się jako artysta.

Do dzisiaj całą rodziną się wspieramy, to bardzo ważne by mieć akceptację wśród bliskich.

Lidia Cichocka

 

')

Ta strona używa plików cookies, zapisywanych i odczytywanych z Twojego urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Wszystkie szczegóły na ten temat znajdziesz w naszej Polityce Prywatności