Renowacja kirkutu

Dodane przez Tadeusz Ura, #thursday2016910

W Busku zrodziła się idea zabezpieczenia bardzo zniszczonego i zaniedbanego placu, gdzie funkcjonował dawniej cmentarz żydowski zwany kirkutem.                                                                                        

Jego dewastacja rozpoczęła się w czasie okupacji niemieckiej po usunięciu z Buska Żydów.

Wiadomym jest, że w ziemi, gdzie dawniej usytuowany był kirkut, nadal spoczywają szczątki mieszkańców Buska żydowskiego pochodzenia.

W akcji zabezpieczenia i oznakowania miejsca dawnego kirkutu bierze również udział Towarzystwo Miłośników Buska, które służy doradztwem i pomaga wyszukiwać ludzi znających się na renowacji  judaików.                                                                                                                                                     

Ponieważ wiedza o buskich Żydach jest mało znana, dlatego TMB chce również przybliżyć historię naszych dawnych sąsiadów, którzy w całości zostali poddani eksterminacji w 1942 roku.

HEBRAJSKI EPIZOD W BUSKU

Lokacja osady Busk na miasto 27 sierpnia 1287 r. miała swoje konsekwencje, szczególnie w sferze kondycji jej mieszkańców.

Miasto, które nie powstało  na „surowym pniu”, musiało z wolna przekształcać się pod każdym niemal względem: topograficznym, gospodarczym, społecznym i kulturowym.

Wiejska ludność, zajmująca się dotąd pasterstwem i rolnictwem, z czasem zaczęła się przekształcać w mieszczan, które ze względu na zmieniające się warunki, musiało ewoluować w różnych kierunkach.

Nie zapominajmy, że będąc miastem lokowanym na prawie niemieckim, nie przestało być własnością klasztoru.

Podległość zakonowi norbertanek wymuszała na mieszkańcach wybór zajęć, które były przydatne klasztorowi.

Zanikła np. hodowla koni na rzecz hodowli krów i owiec.

Wyjątkowym zajęciem, które odróżniało Busk od miejscowości ościennych, była produkcja soli z samorzutnie wypływającej w pobliżu solanki poprzez jej odparowywanie.

Wytworzył się zatem nader egzotyczny zawód  warzyczy, którzy produkowali sól na potrzeby klasztoru a nadwyżkę na handel, nader opłacalny i intratny.

Gdy produkcja soli stała się nieopłacalna, zaczęto do produkcji używać innych zgoła materiałów.

Bliska stosunkowo obecność  gliny i piasku spowodowała, że wykorzystano je w garncarstwie i szklarstwie.

Produkowano różnego rodzaju wyroby ceramiczne, i to w takiej ilości, że sprzedawano je nawet na dwór wawelski.

Istnieją też wzmianki, że produkowano także szkło okienne, a zatem najbardziej proste, w kształcie krążków, które osadzano w ołowianych ramach.

Gdy do tego dodamy wytwórnię sukna i piwa, to zauważymy, że produkcja przemysłowa, typowa dla miast, rozwijała się w Busku nader obficie.

Produkcja specyficznych artykułów wymagała określonych zawodów i specjalizacji.

Zrazu powoli a potem coraz szybciej tworzyła się warstwa rodzimych mieszczan.

To zjawisko osiągnęło swe apogeum w okresie, gdy władzę w Polsce sprawowali królowie z dynastii Jagiellońskiej.

Busko wówczas przeżywało swój złoty okres.

Korzystne przywileje, którymi obdarzyli Busko kolejni królowie oraz utworzenie dwóch dni targowych w tygodniu i dwóch dużych jarmarków w roku, powodowały rozwój handlu, a zatem także twórczości rzemieślniczej.

Busko się bogaciło, przybywało ludności a wraz z nią tworzyła się warstwa mieszczan przeważnie polskiego pochodzenia.                                                                                                                                                      

Naturalny ten proces został gwałtownie przyhamowany w XVII wieku.

Polskie miasta, w tym także Busko musiały się zderzyć z dwoma nader nieprzyjaznymi zjawiskami, które jedno było gorsze od drugiego.

Pierwszym z nich to wojny, a przede wszystkim kilkuletnia wojna ze Szwedami, którzy wespół ze swoimi sprzymierzeńcami, czyli Siedmiogrodzianami Rakoczego i kozakami Chmielnickiego rabowali wszystko co się dało.

Wówczas wojnom prawie zawsze towarzyszyły klęski głodu i zarazy.

Miasta wyludniały się w zastraszającym tempie.

Mieszczanie tracili warsztaty pracy a także brak było rynku zbytu na towary.

Niesprzyjającym warunkom ekonomicznym na domiar złego szły w parze szalejące choroby zakaźne, które zbierały obfity plon.

Zasobne ongiś miasta przedstawiały żałosny widok; wszędzie zgliszcza, pustki i tylko gdzieniegdzie ślady życia.                                                                                                                                                  

W owych czasach miasta w Europie potrafiły stosunkowo szybko leczyć rany.

Ale nie u nas.

Do klęsk spowodowanych wojną doszła jeszcze jedna – tym razem rodzimego pochodzenia.

Szlachta, która była warstwą rządzącą, zaczęła uprawiać antymiejską politykę. 

Sama tradycyjnie brzydziła się handlem, ale nie była na tyle głupia, żeby nie dostrzec jak dochodowym zajęciem jest ta branża.

Zmonopolizowała zatem rynek zbożowy, odbierając kupcom najbardziej intratny przedmiot handlu a przy tym stworzyła na folwarku własne warsztaty, które obsługiwały rolników.

Podkopała w ten sposób tradycyjne źródła dochodu mieszczan, czyli rzemiosło i handel.

W takich warunkach mieszczaństwo polskie a zatem i miasta nie miały szans do podźwignięcia się z upadku.

A że na tym świecie żadna dziedzina nie lubi próżni, więc znaleźli się rzemieślnicy i handlarze obcego pochodzenia (Żydzi, Niemcy), którzy poprzez obniżone ceny potrafili ze skutkiem rywalizować z pewną swojego zwycięstwa szlachtą.

W taki oto sposób Polska nie dorobiła się silnego, etnicznie polskiego mieszczaństwa.

Zasygnalizowane tu zjawisko, aczkolwiek powszechne, nie przebiegało jednakowo w poszczególnych miejscowościach.

Busko – leżące na Ponidziu – regionie o gęstym zurbanizowaniu, w czasie pamiętnego „potopu” szwedzkiego przeżyło napaść kozackiego korpusu posiłkowego w 1657 roku.

Kozacy Chmielnickiego doskonale wiedzieli, że hetmanowi zaporoskiemu chodzi jedynie o zjednoczenie całej Ukrainy pod swoimi rządami.

Ponidzie – region etnicznie polski – było traktowane tylko jako teren do zdobycia łupów.

Kozacy w rabowaniu byli mistrzami, toteż przewalili się przez nasz region niczym Hunowie.

Rabowali na wielką skalę.

Stawiających opór zabijano a za karę miejscowości podpalano.

Takiego losu dostąpiło również Busko, które płonęło w 1657 roku.

Nie można zapominać, że Busko było ciągle własnością klasztoru norbertanek.

A klasztor dysponując gruntami uprawnymi zmuszał poddanych do pracy na roli.

Niedawni rzemieślnicy stawali się zatem rolnikami.

Nastąpiła zupełna agraryzacja miasta i gdyby nie stary układ urbanistyczny lokowanego miasta, można by go uznać za wieś.                                                                                                                                                                     

Nowe perspektywy dla Buska zrodziły się po pierwszym rozbiorze Polski.

Żupy wielickie i bocheńskie zostały zajęte przez Austrię.

Tak więc sól, podstawowa kopalina eksportowa Polski, nagle przestała przynosić Polsce dochody.

Więcej, niedawno utraconą polską sól wielicką należało teraz sprowadzać z Austrii.

Zaczęto uporczywie szukać rodzimej soli w pomniejszonym o pierwszy rozbiór kraju.

W starych dokumentach natrafiono na wiadomości, że w średniowieczu pozyskiwano sól w Busku.

Wprawdzie nie natrafiono na złoża soli kamiennej, to uznano, że warto pozyskiwać sól z bogatych złóż solanki.

Uruchomiono fabrykę soli, którą obsługiwali sprowadzeni z Niemiec fachowcy.

Busczanie też dostali zatrudnienie.

Trzeba było pozyskać dużo drewna na opał.

Potrzebne też były ręce do pracy przy odparowywaniu wody z solanki.

Produkcja nie była duża, ale na razie i tak opłacalna.

Po kilkunastu latach Austria dokonała kolejnego zaboru naszego kraju przyłączając m. innymi Busko.

Dalsza produkcja soli stała się więc nieopłacalna.

Na szczęście prawie równolegle z produkcją soli zaczęto prowadzić badania nad leczniczymi właściwościami solanki.

Już wstępne badania okazały się obiecujące.

Przed Buskiem zaświtała nowa nadzieja, że słono-gorzkie wody mogą odegrać pierwszorzędną rolę w leczeniu niektórych chorób.

Należy ze smutkiem odnotować, że buscy mieszczanie ową wiadomość przyjęli bez entuzjazmu, tym bardziej, że słone źródła były zlokalizowane na własnościach klasztornych, które – po kasacji zakonu – stały się apetycznym kąskiem dla mieszczan-rolników.                                                                                

Kasata klasztoru w 1919 r. spowodowała zmiany własnościowe w dobrach poklasztornych.

Dużą ich część przejął kościół, który odtąd stał się kościołem parafialnym.

Obok głównego budynku, do parafii należało stosunkowo dużo ziemi uprawnej.

Budynki poklasztorne i folwark przejął rząd.

Nimi zainteresował się Jan Rzewuski – ojciec Feliksa, który niesłusznie uchodzi za twórcę uzdrowiska.                                                                                                                                                                       

Koniec lat dwudziestych XIX wieku uważa się za początek funkcjonowania lecznictwa uzdrowiskowego w Busku.

Wraz z przyjazdem w sezonie letnim kuracjuszy, wzmógł się popyt na nietypowe usługi jak cukiernictwo, zegarmistrzostwo, fryzjerstwo damskie, naprawa obuwia i odzieży, fotografika itp.

A takowych nie było, bo busczanie tradycyjnie trudnili się rolnictwem a nie usługami.

Mogli te prace wykonywać Żydzi, ale oni mieli zakaz osiedlania się w miejscowości klasztornej.

Z chwilą kasaty zakonu formalnie już nie było przeszkód w osiedlaniu się starozakonnych, ale pozwolenia nie dostali od władz.

Pomimo to Żydzi pojedynczo nielegalnie przybywali do Buska.

W 1850 roku nielegalnie mieszkało w Busku 30 rodzin żydowskich.

Oficjalne zezwolenie na możliwość stałego zamieszkania w Busku otrzymali Żydzi na rok przed wybuchem powstania styczniowego, czyli w 1862 roku.

Widocznie ich obecność była potrzebna, skoro  już pod koniec lat 70-tych XIX wieku odnotowano w Busku 384 Żydów.

Napływ z zewnątrz i duży przyrost naturalny spowodowały, że w 1888 r. można było utworzyć gminę żydowską.

Buscy Żydzi zamieszkiwali przede wszystkim ul. Szewską (Kilińskiego).

Aby mogła funkcjonować prawidłowo gmina, musiała dysponować trzema obowiązującymi obiektami, tj. domem modlitwy, cmentarzem oraz rytualną łaźnią, czyli mykwą.

Drewnianą synagogę pobudowano we wschodniej części ul. Szewskiej.

Cmentarz urządzono daleko za miastem po jego wschodniej stronie.

Łaźni gmina nie miała swojej, więc prowadził ją prywatnie Chaim Wajcman na zachodnim krańcu ul. Szewskiej.

Skoro była gmina, to musiał być także rabin.

W Busku znanym z nazwiska był Żyd- ortodoksa Michael Wolf-Zawadzki. Mieszkał na ul. Stopnickiej (Partyzantów) w nowej murowanej synagodze, którą pobudowano w 1929 roku (starą synagogę zamieniono na dom modlitwy do chwili aż ją strawił ogień).

Obok nowej synagogi urządzono rytualną rzeźnię ptactwa domowego.                                                                                                                                

Buscy Żydzi tradycyjnie opanowali przede wszystkim wybrane dziedziny rzemiosła oraz handel.

Najwięcej było wśród nich krawców, szewców, piekarzy, ale także ciastkarzy i cukierników.

Byli również wytwórcy oleju i wody sodowej a także zegarmistrz, fotograf i drukarz.

Jak z tego widać opanowali tzw. zawody „lekkie”.

Prowadzili wprawdzie młyny, cegielnie i tartak, ale pracowali w nich robotnicy polscy.                                                                                                                                                     

Handlowano wielorakim towarem, skoro można wyliczyć: tekstylia, galanterię, obuwie, jaja, nabiał, piwo, artykuły spożywcze (najwięcej), zboże a z materiałów budowlanych drewno, szkło, żelazo.

Prowadzili restauracje z wyszynkiem oraz pensjonaty dla kuracjuszy, w tym „Bristol” Erzila Cukiermana, „Brzozówka” A. Naumana, „Wersal” Joska Cukiermana, „Willa Angielska” Jakuba Hochermana , „Willa Krakowska” Machabeja Grojsa, „Urocza” Joska Topioła, „Trzy Róże” Gilika Jurberga  „Warszawska” Mojżesza Cukiermana i  „Wesoła” Herszla Granetmana. Łaźnię rytualną (tylko dla Żydów) prowadził jak wyżej wspomniałem Chaim Wajcman.

Gmina posiadała swoją administrację, którą kierował czteroosobowy zarząd składający się z przewodniczącego i trzech członków.

Siedzibą zarządu było pierwsze piętro synagogi.

Poza tym gmina zatrudniała: rabina, sekretarza, woźnego, dozorcę, szkolnika, dwóch rzezaków, inkasenta i grabarza.                                                                                                                                                                            

Na ogół współżycie buskich mieszczan ze starozakonnymi układało się poprawnie.

Obie grupy żyjąc po sąsiedzku, żyły jakby innym życiem.

Różniły się bardzo, szczególnie strojem, wyglądem, odrębnymi zwyczajami i językiem.

Nie zanotowano konfliktów na tle etnicznym, choć nie brakowało pewnych złośliwości.

Celowali w nich przede wszystkim wyrostki, którzy prześmiewali się z stroju i wyglądu, szczególnie ortodoksów.

Nosili oni długie brody i pejsy, które po obu stronach twarzy wiły się niczym serpentyny.

Chłopcy niekiedy przebiegając pociągały za nie wywołując gwałtowny krzyk, złorzeczenia oraz skargi.                                                                                                      

Żydzi modlili się w domach lub synagodze.

Ich sposób modlenia także wywoływał negatywną reakcję.

Mężczyźni zakładali na barki tałes, czyli chustę modlitewną koloru białego i biegnącymi po obrzeżu czarnymi liniami.

Chusta u dołu miała frędzle zwane cyces.

Mocowano także na czoło i lewe ramię małe, skórzane, sześcienne pudełeczka przywiązane do ciała długimi, skórzanymi pasami  rycyos.

Na głowie obowiązkowo  musiała być jarmułka, czyli okrągła czapeczka zakrywająca tylko szczyt głowy.

Tak ubrany Żyd odprawiał modły modulując głos i kiwając się rytmicznie w przód, wywołując u Polaków ca najmniej zdziwienie.

Równie egzotyczne były imiona żydowskie, które także stawały się tematem docinków i żartów. Istotnie Chaimy, Joski, Jankiele, Mośki, Lejzory, Mendle oraz Ryfki, Salcie, Chaje i Cipory – brzmiały dla Polaków nader śmiesznie.

Dzieciaki polskie uczyniły z nich temat do kpin.

Wśród sześciu najważniejszych żydowskich świąt tj. Paschy, Przaśników, Tygodni, Trąbek, Pojednania i Szałasów, tylko to ostatnie było niekiedy zakłócane przez chłystków.

Święto Szałasów, wypadające w październiku,  obchodzono na pamiątkę ucieczki Żydów z Egiptu do Ziemi Obiecanej. Wędrujący 40 lat po pustyni Żydzi mieszkali w łatwych do demontażu szałasach, które przenosili z miejsca na miejsce, wiodąc życie koczownicze.

Na pamiątkę tego wydarzenia Żydzi opuszczali swoje domostwa i przez siedem dni mieszkali w przygotowanych wcześniej namiotach.

Spali w nich przeważnie mężczyźni, a  kobiety przychodziły w dzień na modły.

Największą frajdę miały dzieci, które chętnie brały udział w montowaniu namiotów i przystrajaniu ich.

Kapryśny polski klimat niekiedy zakłócał to niezwykłe święto.

Wiatr, deszcz i ziąb zmuszały wtedy Żydów do opuszczenia szałasów i świętowania w domach.

Tylko we dnie odmawiano, bez względu na pogodę, stosowne modlitwy.

Nie tylko pogoda zmuszała Żydów  do opuszczenia szałasów.

Jak wiadomo Żydzi sporządzili całą listę przedmiotów czystych i nieczystych, których wyróżnikiem była wcale nie higiena lecz sama przynależność.

Były więc czyste i nieczyste zwierzęta, przedmioty a niekiedy ludzie, np. nieboszczycy czy miesiączkująca kobieta.

Pojawienie się rzeczy nieczystych w najbliższej bliskości mieszkania czy osoby powodowało szereg czynności oczyszczających.

Niekiedy wystarczyło zwykłe umycie rąk.

Bywało jednak, że konsekwencje były poważniejsze.

Wiedzieli o tym polscy chłopcy, którzy przez złośliwość rzucili w pobliże namiotu jakiś ochłap z nieczystego zwierzęcia (pies, świnia), co powodowało, że Żydzi musieli przenosić namiot w inne miejsce.

Dla wyrostków był to zwykły figiel, a dla Żydów karygodna profanacja, która powodowała daleko idące konsekwencje.

Starozakonni swą wiarę traktowali bardzo poważnie i na serio, wobec czego każde odchylenie od nakazów Talmudu miało poważne następstwa.                                                                                                                                                                       

Co ciekawe, targowanie się w czasie transakcji handlowej między Żydem a  Polakiem, które zamieniało się niekiedy w poważną kłótnię,

Żydzi traktowali jako rzecz normalną i nie mieli pretensji do Polaków.

Polacy też o scysji słownej szybko zapominali. 

Co innego, gdy w grę wchodziły sprawy religijne.

Jak z tego widać współżycie obu nacji układało się może nie do końca harmonijnie, ale nie miało znamion dyskryminacji.

Bywały przypadki, że młodzi Żydzi imprezowali z Polakami racząc się wódką i kiełbasą, co powodowało zgorszenie i ból głowy żydowskich rodziców.

Obecność przedsiębiorczych Żydów w Busku powodowała, że nieco uśpieni tuziemcy, żyjący wg kalendarza przyrodniczego, zwolna zaczęli ich naśladować.

Odrodziło się rzemiosło i handel.

Rzemieślnicy jakoś tak się podzielili, że Polacy wybrali „cięższe” zawody: murarz, cieśla, kowal a Żydzi „lżejsze”.

Potem zaczęli sobie wchodzić nawzajem w drogę.

Polacy zostawali krawcami, szewcami, piekarzami.

To miało nawet swoje dobre strony, bo rywalizacja powodowała lepszą jakość usług.

Klienci chodzili do tego kto lepiej i taniej wykonywał zleconą robotę.

Gorzej  było z handlem.

Polacy na ogół przegrywali z Żydami, którzy mieli doskonale zorganizowaną sieć handlową i mogli sobie pozwolić na tańszą sprzedaż  poszczególnych produktów.

To rodziło niesnaski a nawet poważniejsze incydenty.

Dość stwierdzić, że np. harcerze przed świętami, kiedy był większy popyt na tzw. materiały kolonialne, mieli obowiązek stać przed sklepem Żyda i namawiać kupujących, aby kupować u Polaków.

Te praktyki Żydzi nazywali nieczystą konkurencją i buntowali się.

Nie było za to mowy aby próbowano Żydów usunąć z miasta.

Owszem doceniano ich obecność. Np. Polak nie zniżył się do tego aby zbierać stare szmaty, a Żyd tego się nie wstydził, wyczyścił polski dom z niepotrzebnych szmat i do tego zostawił jeszcze fajansowy kubek lub miskę.

Jemu się to opłacało.                                                                                                                           

Obecność Żydów spowodowała odrodzenie się buskiego tradycyjnego mieszczaństwa.                                         

Nieprawdą jest, że Żydzi byli bogaci.

Owszem, niekiedy doszli do ponadprzeciętnej zamożności, ale też nie brakowało wśród nich biedoty, którą wspomagała gmina żydowska, mająca w swoim budżecie zaplanowaną odpowiednią sumę dla ich wspomożenia.                                                                                                        

Judaizm i chrześcijaństwo, mimo iż wywodziły się z jednego pnia, stanowiły odrębne religie a więc miały osobne świątynie, kapłanów oraz cmentarze.                                                                                               

Żydzi przykładali dużą wagę do obrządku związanego z pochówkiem.                                                                            

Polacy ich cmentarz zwali kirkutem, kierkutem i kierkowem.

Busczanie żydowski cmentarz nazywali kierkowem.

Zlokalizowany był na polach leżących na wschód od centrum Buska.

W czasie gdy powstał, a więc w końcu XIX wieku było to zupełne pustkowie, że nawet droga biegnąca obok nie miała swojej nazwy.

Dziś nazywa się ulicą Widuchowską, choć po prawdzie nie biegnie do wsi Widuchowa lecz do malowniczego lasku zwanego widuchowskim.

Jeszcze w latach 50-tych ub. wieku, idąc do lasu, przyglądaliśmy się żałosnym pozostałościom dawnego cmentarza.

Widać było wyraźny zarys murów oraz szczątki budynków tzn. domu przedpogrzebowego i domu dozorcy, o którym mówiono, że tu mieszkał płaczek żydowski.

Plac, zarośnięty gęstą trawą, krył resztki macew czyli nagrobków.

Niemcy, po usunięciu Żydów z Buska, nakazali zburzyć mur cmentarny a macewy użyć do sporządzenia chodników na naturalnych, niebrukowanych ulicach.

Taką ulicą była niczym nie utwardzona droga, która wiodła do Łagiewnik.

Jeszcze w roku 1950, gdy poszedłem do szkoły, stąpałem po gładkich płytach, pokrytych dziwnymi znakami.

Gdy zdecydowano wybrukować ulicę, nie wiem czy usunięto owe tablice, czy przysypano piachem i położono bruk.

Jeśli tak, to leżą tam do dziś dnia.                                                                                                                                                                                              

Z czasem agresywne Busko zaczęło się coraz bardziej rozbudowywać, także w kierunku wschodnim.

Wkrótce droga, która wiodła w stronę kirkutu zaczęła się też zapełniać domami.

Ponieważ droga nadal nie miała swojej nazwy, znajdujący się tam cmentarz nadał nazwę całej jakby dzielnicy.

O mieszkańcach tej części Buska mówiono, że mieszkają „na kierkowie”.                                      

O Żydach rozmawiało się niewiele.

Jeśli już, to więcej o latach przedwojennych.

Gdzie mieszkali, jak się ubierali, czym się zajmowali.

Holokaust był słowem nieznanym.

Nie wiedziano też dokąd Niemcy wywieźli z Buska Żydów.

Niekiedy, raczej z przypadku, mówiono o odmiennościach obyczajowych wyznawców Mojżesza, często niestety, kłamliwych.

Taką nieprawdą była np. szerząca się wieść, że Żydów chowano w grobie w kucki.

Polacy nie brali udziału w żydowskich pogrzebach, więc nie wiedzieli wiele o zwyczajach pogrzebowych starozakonnych.

Tymczasem wypracowali oni przez wieki rytuał pogrzebowy, ściśle przestrzegany i odporny na zmiany.

Studiując rytuał pogrzebowy, ze zdziwieniem dostrzegamy pewne podobieństwa ale i różnice między żydowskimi a chrześcijańskimi pochówkami.

Umierający Żyd, jeśli był przytomny, winien się modlić.

Gdy nie mógł, robili to za niego świadkowie agonii.

Po śmierci układano nieboszczyka na podłodze, zamykano mu oczy i zakrywano całunem.

Potem zapalano świece.

Następne czynności należały do tzw. świętego bractwa, które  przygotowywały ciało do pochówku.

Myli je i spowijali całe ciało wraz z głową w długą, białą, lnianą materię.

Pogrzeb odbywał się bardzo szybko, bo już następnego dnia.

Żydzi uważali, że dom, w którym przebywał nieboszczyk, był nieczysty, więc go przetrzymywali jak najkrócej.

Nawet krewni lub znajomi odwiedzający nieboszczyka, myli po wyjściu ręce, choć go nie dotykali.

Transport na cmentarz odbywał się początkowo na marach, ale Polacy wymusili, że nieboszczyk powinien leżeć w trumnie.

Sporządzano zatem trumny z surowych, nieheblowanych desek i bez użycia choćby jednego gwoździa.

Jeśli kirkut był blisko domu nieboszczyka, to niesiono go na ramionach, jeśli nie, to wieziono go karawanem.

Ponieważ buski kirkut był znacznie oddalony od centrum, więc transportowano zwłoki karawanem.

Kondukt ustawiany był tak, że szły oddzielnie kobiety i oddzielnie mężczyźni.

Dawniej śmierć Żyda oznajmiano dźwiękiem rogu koźlego, aby jak najwięcej ludzi mogło wziąć w nim udział.

Każdy Żyd, który napotkał podążający kondukt, był zobowiązany włączyć się weń choćby na kilka kroków.

Trasę orszaku  pogrzebowego wybierano tak, żeby wiodła obok synagogi, choć do samej świątyni nie wchodzono.

Po przekroczeniu bramy cmentarnej, nieboszczyka umieszczano w domu przedpogrzebowym.

Tam kładziono mu na oczy skorupy z rozbitego dzbana w którym była woda do mycia zwłok.

Do trumny wkładano również zakrwawione bandaże po zmarłym.  

Na cmentarzu wydzielone były trzy kwatery: dla mężczyzn, dla kobiet i dla dzieci.

Prostokątny szyb grobowy wykopany w surowej ziemi, był sytuowany w kierunku wschód – zachód.

Nieboszczyka chowano głową na zachód a nogami na wschód.

Żałobnicy biorący udział w pogrzebie rzucali grudki ziemi na trumnę, bliska zaś rodzina winna na znak rozpaczy rozerwać szatę na piersi.

Potem następowała skromna stypa, gdzie podawano chleb, soczewicę, jajka oraz wino (kielich pocieszenia).

Wówczas dopiero można było rodzinie składać kondolencje.

Następował okres żałoby, który dzielił się na trzy okresy: I. Siedmiodniowa żałoba ścisła; nie można wtedy było pracować, czytać, nosić sandałów, spółkować,  a nawet myć się.

Rano i wieczorem (oprócz szabasu) odmawiano modlitwę kadisz. II.

W drugim, 30-dniowym okresie nie wolno było brać udziału w zabawach i nie wolno było obcinać włosów.                                                                                                                                                                    

III. Okres trzeci trwał 12 miesięcy; nakazywał wstrzymywanie się od rozrywek.

Syn przez 11 miesięcy odmawiał kadisz w synagodze.                                                                                                                         

W rocznicę zgonu zapalano na cały dzień świecę i wszyscy udawali się do synagogi odmówić kadisz.

Po upływie jednego roku można było na grobie umieścić macewę, czyli płytę nagrobną z napisami i ornamentem (gwiazda Dawida, palma, świecznik, korona itp.).                                                            

Mimo zachowania ujednoliconego rytuału pogrzebowego, ceny pochówku nie były jednakowe.

W Busku wynosiły od 10 do 500 złotych. 

Nie odwiedzano grobów.

Należało uszanować spokój zmarłych.

Nie ścinano traw, więc cmentarze sprawiały wrażenie zaniedbanych.

Nie było pojęcia likwidacji cmentarza.

Miejsce pochówku było święte i nienaruszalne.

Nie wolno było dokonywać ekshumacji.

Jeśli nie można było powiększyć cmentarza, to nasypywano grubą warstwę ziemi i w niej grzebano kolejnych umarłych.

Nie można było grzebać w jednym grobie dwóch nieboszczyków.

Cmentarz to halika ort – święte miejsce.

Przy wszystkich niesnaskach a nawet złośliwościach etnicznych, nie odnotowano w Busku profanacji kirkutu.

To było miejsce, gdzie uszanowano zmarłych należących do innego wyznania.

Należy też podkreślić, że cmentarza pilnował mieszkający obok stróż.

Poza tym miejsca kultu były otoczone opieką prawną i kto je naruszał, był karany.                                                                                                    

Profanacji i dewastacji kirkutu dopuścili się dopiero Niemcy.                                                                                               

Żydzi, mający kontakty z rodakami w całej Europie, wiedzieli o zbliżającym się niebezpieczeństwie niemieckim.

Wrzesień 1939 r. nie zrobił Busku wielkich krzywd.

Nie było bombardowań, pożarów i aresztowań.

Przejęcie władzy przez okupantów odbyło się w miarę spokojnie, tzn. słabsi musieli ustąpić silniejszym.

Pozornie życie toczyło się utartym przed wojną torem.

Ale administracja niemiecka nie spała. Opracowywała plan na przyszłość.

Niebawem przyszło się przekonać o zmianach.

Wiosną 1940 roku, a konkretnie 1 kwietnia z rozkazu Kreishautpana utworzono w Busku getto.

Żydów rozlokowano na ul. Szewskiej (Kilińskiego) i na Stopnickiej (Partyzantów) w obrębie synagogi.

Do Buska przesiedlono także Żydów z podbuskich wiosek.

Liczba ludności żydowskiej wzrosła do 1818 osób.

Mężczyźni byli zatrudniani do robót porządkowych.

Najwięcej  ich pracowało na torfowisku zlokalizowanym na Łowiskach.

Żydzi kopali torf i suszyli go na opał.

Sytuacja Żydów pogorszyła się znacznie, ale na razie nie wykonywano wyroków śmierci.

Administracja niemiecka jednakże pracowała z niemiecką dokładnością.

Zinwentaryzowano całą buską populację Żydów włączając także przybyszów.

Zapisano także gdzie kto mieszka.

Uderzenie przyszło nagle. Nocą z 3 na 4 października 1942 roku, z soboty na niedzielę nastąpiła wywózka buskich Żydów.

Wszystko odbyło się w absolutnej ciszy, tak, że nawet Polacy mieszkający w niedalekim sąsiedztwie nic nie słyszeli.

Zresztą Niemcy o to zadbali.

Żydom nakazano zachowanie absolutnej ciszy, w przeciwnym wypadku zginą zastrzeleni.

Pognano ich w kierunku Pińczowa, gdyż tam funkcjonowała kolejka wąskotorowa.

Stamtąd wszystkich przewieziono do Jędrzejowa a dalej – już normalną koleją – do Treblinki.

O tym jednak busczanie dowiedzieli się dopiero po wojnie.

Myślano po prostu, że ich wywieziono na roboty.

Nikt wtedy nie domyślał się, że wyjechali na pewną śmierć.                                                                    

W ciągu jednej nocy 1/3 ludności Buska nagle zniknęła. Ich nieobecność dostrzeżono już w niedzielę 4 października, ale pustkę zauważono dopiero w poniedziałek kiedy zabrakło widoku charakterystycznych sylwetek  semickich współmieszkańców Buska.                                                     

Niemcy, którzy doskonale wiedzieli gdzie kto mieszka, wkraczali pewnie do ich domostw.

Wszyscy byli pewni, że w Busku nie ma już ani jednego Żyda.

Niemcy jednak wiedzieli, że ich liczba nie zgadzała się z liczbą figurującą na liście.

A zatem kilkoro musiało gdzieś się ukryć.

Zadanie odszukania ich spadło na buskich żandarmów.

Ci powoli, ale na ogół skutecznie wyłuskiwali ich pojedynczo z kryjówek.

Znalezionych już nie kierowano do obozu, lecz likwidowano na miejscu.

Miejscem straceń był kirkut.

Tam nieszczęśnicy najpierw sami kopali sobie grób a następnie zostali rozstrzelani przez żandarmów.

Świadków egzekucji nie było, bo Niemcy wcześniej wszystkich zagnali do domów.

Słychać było tylko dochodzące z kirkutu strzały.

Henryk Smarzewski – autor monografii „Powiat Busko-Zdrój” twierdził w swej książce, że na cmentarzu żydowskim rozstrzeliwano również Polaków.

Udało mi się ustalić dwa nazwiska tzn. Zofię Dytkowską i Helenę Żurkiewicz, które rozstrzelano na kirkucie.

Na ogół miejscem straceń Polaków był skraj lasu przy drodze pińczowskiej.

Opuszczone przez Żydów domy ziały pustką.

Niebawem zostały zasiedlone przez wygnańców z Wielkopolski, którą włączono do Rzeszy.

Po wojnie Poznaniacy natychmiast wyjechali w swoje strony.

Na powtórnie opuszczonych domach ukazały się ogłoszenia, aby zgłaszali się do wyznaczonego czasu ich właściciele lub spadkobiercy.

W przeciwnym wypadku nieruchomości przejdą na skarb państwa.

Jak to się stało, że  systematycznie zostały zasiedlone przez Polaków nie wiadomo.

Stugębna plotka mówi, że nie wszystko odbyło się zgodnie z prawem i dotąd panuje strach, że zgłoszą się prawomocni spadkobiercy i przejmą swoją własność.

Po wojnie okazało się, że kilku Żydów przeżyło, ale czas był taki, że nikt się tym nie chwalił.

Uratował się właściciel willi „Bristol” Erzil Cukierman, jeden z  najbogatszych Żydów w Busku.

Wyjechał ponoć do Ameryki. Kilkadziesiąt lat jego „Bristol” pełnił funkcję bloku komunalnego.

Inna willa „Wersal” w czasie okupacji była siedzibą niemieckiej żandarmerii.

Po wojnie zamieszkali w niej milicjanci.

Pożar, który ją unicestwił na początku lat 70-tych XX wieku, spowodował jej całkowitą przebudowę.

Dziś stoi w tym miejscu brzydki, niestylowy blok.

Po transformacji ustrojowej odnaleźli się spadkobiercy Erzila Cukiermana.

Odzyskali „Bristol” a następnie go sprzedali obecnym właścicielom, którzy otwarli elegancki „Bristol Art. & Spa Sanatorium”.

Ocalał również Gerszon Cukierman, który po wojnie zmienił sobie nazwisko na Grzegorz Cuchański.

Ożenił się z Polką Marią Borkówną.

Mieli dwóch synów. Wyjechali do USA. 

Jeszcze w czasie okupacji tragedię przeżyło polsko-żydowskie małżeństwo Goldszmidów.

Żona Aniela zdecydowała się podzielić los męża, ale sąsiedzi wytłumaczyli Niemcom, że ona jest Polką i  do tego lekarką, więc ją puścili wolno.

Po wojnie powróciła do swego panieńskiego nazwiska Żwan i ordynowała w szpitalu na „Górce”.

Przeżyły też obie córki: Lena i Basia.

Wyjechały wszystkie  prawdopodobnie na Pomorze.

Po wyjeździe ocalałych Żydów, Busko stało się znów jednolitym etnicznie polskim miastem.

Nastąpiła jakaś niezrozumiała zmowa milczenia, aby o Żydach  rozmawiać jak najmniej, a jeszcze lepiej – nie rozmawiać  w ogóle.                                                                                                                                                             

Widocznymi znakami po ich bytności były rytualne obiekty związane z ich obrzędowością.

Łaźnia już nigdy nie została wykorzystana zgodnie ze swoim przeznaczeniem.

Polacy po staremu kąpali się w drewnianych baliach w swoich domach. 

Pokrótce zwrócono uwagę na wyjątkową cechę pomieszczeń łaziebnych.

Było w nich przejmująco zimno.

Niebawem wykorzystano tę właściwość do przechowywania nieboszczyków przed pogrzebem.

Dla utrzymania niskiej temperatury polewano zimną wodą podłoże wyłożone ceramicznymi kafelkami.

Skądinąd wiadomym było, że Busko ciągle odczuwało głód mieszkań.

Problem dramatycznie przybrał na sile tuż po wojnie.

Zdecydowano zaimprowizowaną kostnicę przeznaczyć po remoncie na mieszkania komunalne.

Taką funkcję dawna łaźnia żydowska spełniała kilka lat.

Budynek zamieszkiwało kilka rodzin a na parterze był narożny sklep pana Dalmaty z artykułami chemicznymi i przemysłowymi.

Lokatorów sukcesywnie ubywało, bo mieszkania były ciasne a nie remontowany budynek ulegał stopniowej dewastacji.

Wreszcie postanowiono go wyburzyć i na tym miejscu postawić biurowiec wraz ze sklepem Centrali Nasiennej.

Synagoga długo stała pusta.

W latach 50-tych zamierzano zaadaptować ją na kino, ale należało poczynić dużo przeróbek, więc zrezygnowano z tego i utworzono w końcu  kilku stoiskowy sklep.

W latach 80-tych bożnica została wykupiona przez indywidualnego użytkownika, który – po przebranżowieniu – nadal przeznaczył go na cele handlowe.

Kirkut zdewastowany w czasie okupacji, pozostawał długo jako plac wolny, porośnięty wysoką, nigdy nie koszoną trawą.

Od północy zakorzeniły się krzewy, które sukcesywnie podążają na południe w stronę ulicy.

Były jakieś plany wykorzystania pustego placu.

Nie wolno było jednak pominąć faktu, że w głębi ziemi leżą szczątki pogrzebanych tu zmarłych Żydów.

Aby móc go zagospodarować, należało pierwej dokonać ekshumacji nieboszczyków, a tego zabrania religia żydowska, która na domiar twierdzi, że żydowski cmentarz grzebalny nigdy nie ulega likwidacji.

Plac pozostawiono pusty, tylko ułomki macew zebrano w jedno miejsce.

Przestała funkcjonować nazwa „Na kierkowie” odkąd drodze nadano nazwę ulica Widuchowska.

Młode pokolenie tylko niezwykle rzadko dowiaduje się o istnieniu cmentarza żydowskiego.

Zapomniano prawie całkiem nazwiska Cukiermanów, Grojsów, Topiołów, Leszkowiczów, Herskowiczów, Prajsów, Pfeferów, Hohermanów, Rozenklaumów i innych.

Żydzi buscy przestali istnieć fizycznie i mentalnie.

Żyją jedynie w jakichś nieokreślonych wspomnieniach, które przetworzone przez lata dają jakiś zupełnie fałszywy i na poły podejrzany obraz ludu pracowitego, zapobiegliwego i religijnego, ale pamiętliwego.

Żydzi mieszkający w Polsce 1000 lat, żyli w Busku dokładnie lat 80; od 1862 do 1942 roku.

Nie zdążyli odcisnąć w mieście wyraźnego piętna.

Nawet miano „buski sztetl” brzmi sztucznie, bo go po prawdzie nie było.

Pamięć o nich prawie umarła. Materialne obiekty uległy destrukcji. Buski epizod żydowski przeminął, jakby go nigdy nie było.                                                                                                                                      

Czy wolno nam pamięć o naszych semickich sąsiadach skazać na zupełne zatracenie?

Busko-Zdrój 20.01 – 9.02. 2016 r.                                                        

Franciszek Rusak

 

 

 

Ta strona używa plików cookies, zapisywanych i odczytywanych z Twojego urządzenia. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na używanie cookie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Wszystkie szczegóły na ten temat znajdziesz w naszej Polityce Prywatności